13.10.2013

Chajzer - krótka historia kompleksu


Widzieliście ostatni hit internetów "Młody Chajzer vs jakieś tam ludziki na jakiejś tam imprezie faszion"?
Zapewne zalogowani użytkownicy tak, ale zakładam, że masa ludzi spoza blogosfery niekoniecznie. I bardzo dobrze! I powiadam Wam:  pozostańcie w tej niewiedzy :) Szum nakręcony wokół nagrania, do którego linku tu nie wrzucę, bo mi Chajzer młody za to nie zapłacił, a Hans Kloss swoje ciuchy sprezentował komuś innemu...otóż ten szum jest dla mnie trochę niepojęty i jedynie mam czelność stwierdzić, że jaki dziennikarz i stacja, takie wywiady i tacy bohaterowie tychże reportaży. Tematu nie rozwijam, by nie dmuchać balona, który i tak szybciej pierdnął wypuszczanym z siebie powietrzem, niż był dmuchany. My, Polacy, bo wszyscy Polacy to wielka rodzina, starszy czy młodszy i tak dalej...my po prostu mamy to we krwi i w genach, z dziada pradziada. Te kompleksy mamy. Mieszko I dał temu początek, dlatego Dobrawę za żonę pojął. Młódkę i do tego zza miedzy. Bo czemu to niby facet, w dodatku królem będąc, dziecko obcego do rodziny wkręca? Z kompleksów, powiadam Wam: z kompleksów. Więc my, Polacy, chłopak czy dziewczyna dowalić innym lubimy. Kaczyńskiemu, że jakoś tam słowa hymnu pokręcił, Edycie G. za pokręcenie melodii, Kwaśniewskiemu, że jak nie pił, to był zbyt elegancki, a jak się napił, to rosyjska mowa nie miała przed nim żadnych tajemnic, wot takoj maładiec! Niektórzy do dziś mu dziękują za chorobę filipińską, bo jakoż to subtelniej i bardziej światowo brzmi niż po prostu zwykła nasza polska i prostacka najebka?
No ładniej, ot co.
Ewa Minge wystawia się na przykład, proszę ja Was, na nowojorskim tygodniu mody, ale przecież zupełnie niedawno Polska brukowa żyła jej angielszczyzną rodem z polskiej komedii "Job czyli ostatnia szara komórka":
Can I ask your adress?
– Jaki dres?
– Your adress.
– A! yyy... To nie jest dres. To zamszyk.
– Oh no. Address. A-ddre-ss.
– Nie, nie. Znaczy „no”. Zamszyk. Zam-szyk. Zamszyk
Choc u Minge chodziło raczej o cotton ;)
No i co? Wszyscy wokół boki zrywali, obśmiewali rude pukle Mingowej i jej braki lingwistyczne, a ona sobie w najlepsze robi swoje, dress'y, znaczy: suknie cudne produkuje i wystawia je na najbardziej prestiżowych week'ach świata. A przeciętny Polak wciąż boki zrywa, siedząc sobie na zapyziałym tapczanie pamiętającym jeszcze czasy, jak to Dobrawa Mieszka naszego na młodszego chciała wymienić. Czasem z tapczanu wstanie, by po dywaniki do "juska" jechać, czasem do "liroja merlina", a w garażu stoi "renałt". W szafie u niego najwyżej ciuch z Zary, a i tak to jest szaleństwo modowe. Ale najważniejsze, że za chwilkę znów ktoś zaliczy wpadkę i radość będzie wielka, bo żyjemy w czasach, kiedy obśmiewanie cudzych potknięć stało się sztuką. Polska więc, jak jedna wielka rodzina będzie turlać się w salwach śmiechu. Tylko zapyziały tapczan wciąż ten sam. Zapyziała dusza zresztą też.
A propo's Zary - gdyby zarowej historii bliżej się przyjrzeć, to aż dziwne, że właśnie w Polsce robi tak oszałamiającą karierę -  kilkanaście lat temu, w bogatej jeszcze wtedy Grecji, była to sieciówka, jak to moja sąsiadka a'la Greczynka mówi, "dla plebsu". Komentarze w tej sprawie mile widziane.


A ja? Nie jestem wolna od grzechów rzeczonych powyżej. Ale mam świadomość ich istnienia. To dużo, bo pozwala zauważyć, że świat jest cudownym mixem nie tylko spektakularnych porażek, ale przede wszystkim wspaniałych sukcesów i rozwoju myśli ludzkiej (Jezu, mogłabym jakieś warsztaty z filozofii poprowadzić, hehe). Kilka dni temu wręczono Nobla w dziedzinie literatury, trochę wcześniej za odkrycia w świecie fizyki... i jakoś nie stało się to tematem przewodnim internetu ani reportażu młodego Chajzera. A szkoda. Bo ktoś, kogo ojciec zarabiał reklamując proszki do prania niczym niszowa szafiarka, miałby szansę na pokazanie światu innego oblicza niż tylko głupkowatego dziennikarza na nieliczących się imprezach.

Miłego!!!








22.09.2013

(Top) Trendy jesień 2013

Wszyscy piszą o trendach. Jakem blogierka - tematu ominąć nie mogę.

Paradoks ostatnich tygodni - im więcej cudownych blogów oglądam, im większe ilości fantastycznych zdjęć pożeram, tym częściej uświadamiam sobie, że do mojej listy MUST HAVE, której nigdy nie miałam, muszę dorzucić jedynie:
- profesjonalny sprzęt fotograficzny, w każdym razie lepszy niż taki mały srebrny aparacik za jakieś prawie całe 100 peelenów;
- 18 par nowych butów, w tym KONIECZNIE tak zwane buty wędkarza sięgające prawie polowy uda, ale, o! uwaga! na obcasach oraz botki na "słoninie". Na boczku chyba sobie daruję;
- 23 pary spodni, w tym w zebrę, krowę, panterę, Rysia (i Henia) oraz kucyka Pony. Print a'la Reksio i król Julian też byłoby miło. Słynny jednorożec pewnej Jolanty R. jest absolutnie passe. Czy jakoś tak;
- 10 nowych płaszczy-olbrzymów - najlepiej w rozmiarze "Gołota plus size" w kratę, kratkę i krateczkę, szary "pieprz i sól", czerwony "papryka i pomidory", czarny, skórzany "sado macho".... JA TO NAPISAŁAM??? O, mamo...
- torby-kuferki, koniecznie noszone na przedramieniu, a do nich świta złożona z siedmiu giermków (mogą być krasnoludki), bo takie zajęte kuferkiem przedramię, zupełnie z życia codziennego wyłączone, nie może skalać się, broń Boże, jaką siatą z zakupami. Ma ono sobie swobodnie dyndać, patrząc na świat i drugie przedramię totalnie z góry. Lub raczej z boku;
- futra, futra, futra! Sztuczne, żywe..ups! sorry - prawdziwe: z jenota i kota, z lemura i szczura, ze słonia i konia, z jaszczurki i przepiórki. No!
- swetry, a właściwie swetrzyska, równie wielkie jak płaszcze-olbrzymy, z tym, że dłuższe, bardziej włochate. Takie swetry, że mamut z "Epoki Lodowcowej" przy nich, to taka mała zgrabniutka pchełka;
- spódnice 7/8. Imaginujecie??? (a bo wczoraj "Lejdis" znów oglądałam). Siedem ósmych, jakkiekolwiek ktokolwiek ma problemy z liczeniem, to chodzi o to, że to ma być mocno za kolano, a niewiele nad kostką. No to fason w sam raz dla mnie - większość mojej rodziny się ucieszy, że wreszcie nobliwie będę wyglądać.
Macie więc tutaj taki szybki przewodnik po aktualnych trendach, a póki co - ciuchy, które już znacie, bo złote szpilki doradzałam TUTAJ, ćwiekowaną kurtką szpanowałam TU, spodnie znacie STĄD i STĄD,  a koszulka miała swoje 5 minut sławy W TYM MIEJSCU.

Bawcie się dobrze, Skarby!









































pics by Maciej
kurtka Zara, spodnie nn, buty H&M, koszulka Zara, torba Adidas

17.09.2013

LaMania kopiuje, czyli...White dress


O tak! Jakiż to piękny i nośny temat dla wszelkiej maści znawców, autorytetów, krytyków i blogerów modowych : Przetakiewicz zerżnęła!!!! Akurat jesteśmy w tym momencie naszej historii narodowej, że najwłaściwszym byłoby powołanie Komisji Sejmowej, by dochodzenie zrobiła. Komisja i tak nic nie wyjaśni, czasem tylko ktoś zabłyśnie jakąś ciętą ripostą, że takie rzeczy to już pokazywał jakiś sezon temu niejaki Giambattista Valli. Lub czasopisma. O! ;)
Jeśli o moje zdanie chodzi, to prawdę mówiąc taką kieckę, że w talii ciasno (aż trudno było barszcz czerwony łyknąć na popitkę), a spódnica rozkloszowana (że można było czasem męża, w pakiecie z pawiem schować) to ja już w Sylwestra '96 miałam. Naprawdę! A jak się uprzecie, to i zdjęcie pokażę. I jak mnie zestawią dla porównania ze zdjęciami z ostatniego pokazu LaManii, to padnę, pokażę to mamie, walnę to na stół facetowi, rzucę doradztwo finansowe, napiszę do Giambattisty, by szedł na emeryturę i wytatuuję sobie na pośladku "Jestę projektantę!". No tak zrobię, słowo!
A pani Przetakiewicz wybaczę, z patriotyzmu.Tym bardziej, że biała sukienka ze zdjęć jest także kopią i powstała pod wpływem mojej absolutnie nagannej presji na bliską znajomą, która kiedyś cudnie szyła, teraz zawodowo zajmuje się zupełnie czymś innym i jej się nie chce, ale jak mnie widzi, to...nie chce jej się tym bardziej ;) Zawsze jednak ciekawość, z jakim to cudnym pomysłem przybyłam, niczym trzej królowie z darami, zżera ją do tego stopnia, że wreszcie kapituluje i szyje. Na hasło "biała mała lamania" najpierw popatrzyła na mnie, jak na Kulczyka, który nagle wypiękniał, a potem z pełnymi zrozumienia słowami na cudnych ustach "ja pie***ę, kiedy to się ode mnie odczepi" oraz "no nie jesteś taka szczuplutka, jak Ci się wydaje" serdecznie i przyjacielsko zaprosiła mnie do swej pracowni, jeszcze pod nosem burcząc "k***a, co ja z nią mam!". Też Cie kocham, Jolanto! hehehe!
W tym miejscu należy się Wam pewne wyjaśnienie, iż jakże miły i pełen empatii ton mojej Jolanty jest...jak najbardziej uzasadniony. Jako najbardziej nieprzewidywalny twór w najbliższej mi okolicy, nie jestem w stanie zaplanować garderoby na ważną uroczystość z wyprzedzeniem, zakładając, jakże słusznie zresztą, że zbyt wcześnie przygotowana zdąży mi się opatrzyć i tuż przed planowaną imprezą będę biegać z wypiekami na policzkach i szukać czegoś nowego. Kiedyś więc cała kiecka powstała w sobotnie przedpołudnie po to, by w to samo sobotnie popołudnie i wieczór brylować sobie na salonach, udając jakże przemyślaną kreację, która rodziła się w ekstatycznych i misternych wizjach mej twórczej wyobraźni. Na szczęście moje  i Jolanty, lubię fasony proste i minimalistyczne. A nawet jeśli nie lubię, to i tak...lubię ;)))
Jolka, jeszcze raz dzięki!

Ah, ależ byłabym niewdzięczna, gdybym nie wspomniała o mojej cudownej siostrzenicy ciotecznej, Klaudii, która na chrzcinach naszego, małego Milanka - nowiutkiego faceta w naszej rodzinie, zaproponowała małą sesję, do której zaraz przyłączyła się prawie cała rodzina! ;) Nie mam w zwyczaju wrzucać do sieci zdjęć osób, których nawet o zdanie nie zapytałam, a że nie zapytałam, to wrzucam tylko moją śliczną i zdolną Klaudię (niebieska) oraz moją śliczną i równie zdolną córkę Olę (biała). Klaudię i jej prace możecie podziwiać na jej instagramie TUTAJ.  Śliczny i niezwykle zdolny syn Kryspin na razie jest na etapie, że fotografowanie się z mamą to niewielki obciach. Na szczęście później zmiękł i nawet ze mną tańczył...Boże, jaki to był cudny dzień!
p.s.  Przez parę lat związana byłam z fotografią studyjną, więc miałam dodatkową przyjemność stanąć po drugiej stronie obiektywu, co - muszę przyznać - uwielbiam! Zdjęcie Klaudii mojego autorstwa, dzięki za brawa :))

Enjoy!











pics by Klaudia
sukienka by Jolanta, sandały MNG

09.09.2013

Lady Gaga vs PRL


Jak pragnę zdrowia - zawsze miałam z ciuchami "pod górkę"!
Dorastałam w czasach, kiedy towar w sklepach był luksusem. Jeśli w ogóle był.
Jeansy były tylko w Peweksie, a na hasło "dostawa śniegowców" ustawiała się nocą wesoła i pijana szczęściem kolejka, po to, by rano, tuż po otwarciu, cała dostawa okazała się kilkoma rozmiarówkami jednego fasonu, która znikała tak szybko, że większa część sklepowego ogonka miała 2 wyjścia: pozostać na zimę z kozaczkami z czternastu poprzednich sezonów albo szukać znajomości wśród służb uprzywilejowanych. Chłopak, którego ojciec był wojskowym/milicjantem/strażakiem nagle stawał się szkolnym bożyszczem, pomimo nóg w iksy i trądziku tak pospolitego, że ze świecą szukać nieskażonego trądzikiem miejsca na dojrzewającym obliczu herosa. Ale heros miał ojca, dajmy na to wojskowego, a że wojsko zawsze uprzywilejowane, to i kozaczki gdzieś tam "spod lady" się znalazły. Cud-chłopak żył więc sobie jak Justin Bieber w czasach zanim opluł fanów z hotelowego balkonu a dziewczęcy trup ścielał się przed nim niczym jesienne liście za oknem...eh. Mnie pozostał łut szczęścia - śniegowce, których nie kupił nikt. Zepsuty suwak nie był żadną przeszkodą dla dziewczyny, która obok kremu na trądzik (także, a jakże!) trzymała w szufladzie kombinerki i śrubokręt, no weźcie.

Potem co niektórym było odrobinę łatwiej. Ówczesne młode matki cierpiały co prawda na niedostatek pieluch tetrowych, podbieranych masowo przez młode, kreatywne dziewczyny, ale bluzkę w końcu trzeba było z czegoś uszyć. To właśnie wtedy notuje się światowy początek techniki DIY, a pomysłowe Polki błyszczały na salonach, podwórkach i na trzepakach w fantastycznych pieluchowych bluzkach i sukienkach. Kolorowe, leciutkie i praktyczne tetrowe outfity (co to i piwo czasem rozlane łatwo było wytrzeć) zaskakiwały formą i kolorem, a jedynym obciachem dla czternastolatki była wizyta w domu towarowym celem zakupienia dwudziestu, dajmy na to, pieluch w obecności wyrosłej znienacka spod ziemi i osłupiałej sąsiadki. Podejrzenia o ciążę w tamtych, uroczych czasach, to był chleb powszedni. Nawet jak się miało czternaście lat. No wiecie. Czasem więc kupowało się prześcieradło, który to fakt w żaden sposób nie dał przerobić się w fajną i chwytliwą osiedlową ploteczkę. Żółto - czarna sukienka z farbowanego prześcieradła była hitem spotkań na trzepaku i mam wrażenie, że w kolejnych dwudziestu paru latach niejednokrotnie podobną widziałam na pokazach Żiwąszi czy Armaniego. No, ale kto by tam proces sądowy o plagiat zaraz wytaczał.
A potem spadł na nas wściekły kapitalizm... Pieluchy tetrowe jakby zniknęły, a w pampersa ubrać się trudno. No chyba, że jest się Lady Gagą. To i w karkówce surówej można po imprezach popierdzielac. Znacie ten kawał o  "dziewczynce, która była tak brzydka, że wieszano jej kiełbasę na szyi, żeby chociaż psy chciały się z nią bawić"? Jak widać - w przypadku Lady Gagi podejrzenia o proporcjonalność zużytego mięcha i stopnia brzydoty są prawdopodobnie uzasadnione.
My zaś, zakrzsztuszeni urokami kapitalizmu nagle pokochaliśmy sieciówki.. pieprzony indywidualizm, tak mocno widoczny w tetrowych stylówach, stał się niemodny. Wszyscy mają coś z Zary (mam i ja ;)), wszyscy chcą  z niej coś mieć, a tylko czasem jakiś pokręcony świr odważy się na szaleństwo przeparadowania przez MIASTO (hehe) w jakimś niezarowym odzieniu. Tak więc dziś niezarowo z bluzką za jakieś 2 zeta z sh, spodnie z imitacji skóry oraz buty, które ostatnio za 9,90 wyrwałam w jednym ze sklepów, wraz z innymi dwoma parami dokładnie w tej samej cenie. No taka była promocja!
Aha! Jako miły dodatek -  kolejne urocze zakątki mojego miasta, które odkrywam na nowo, a o którym już pisałam TUTAJ.


Trzymajcie się !


















pics by Ola
koszulka sh, spodnie nn, buty Centro


31.08.2013

Black, red, white

Dziś z góry przepraszam - za dużo nie poczytacie. Obowiązki zawodowe wzięły górę nad szafiarskimi tekstami, ja zaś aktualnie zaczytuję się pasjami listą podręczników do gimnazjum i za każdym razem, gdy na nią zerkam, liczę, że dobrnęłam do końca. Cholera, długo było to tylko pobożne życzenie, ale dziś dumnie mogę ogłosić: YES, I DID! Zapewne większość z Was wie, jak kosztowna to literatura i że w sierpniu to właśnie wyprzedaże ratują naszą szafę (czerwone sandały, na przykład) w obliczu odchudzonego książkami portfela.  I gdy myślę o tym, że w dobie internetu, w czasach ujarzmiania przyrody i podboju kosmosu (poleciałam teraz moim wychowawcą z podstawówki, więc to już trochę archaizm, ale niech tam!) właśnie zakupiłam 25 książek, które równie dobrze spełniłyby swoje zadanie w wersji elektronicznej, jednocześnie ratując fatalne kręgosłupy naszych dzieci, to aż piszczę ze złości...  Niezbyt mocno jednak, bo perspektywa TAKIEGO weekendu leczy moje skołatane nerwy, jak Aviomarin pawia :)
Jakiego weekendu?
Dziś bawimy się na długo wyczekiwanym garden party (lepiej brzmi niż "osiedliny") u Hanny i Piotra, a wierzcie mi: będzie się działo! :)))
Jutro radujemy się rodzinnie, bo nasze małe Słonko, Milan, malusi synek kuzynki zostanie ochrzczony. W gronie najbliższej rodziny (jakieś 80 osób, hehe) będziemy radować się tym małym przystojniaczkiem, życząc mu dużo zdrowia, szczęścia no i fajnej żony kiedyś :)))
I jeszcze jedno, najważniejsze - w ten weekend znów będę miała wszystkie moje Skarby przy sobie <3
Uuuuuu, wwwooowww, aaaaaa. O, tak się cieszę!

Cudownego weekendu Kochani!!!



















 pics by Ola
kurtka słorzana - sh, dawno temu, spodenki DIY, koszulka nn, sandały Stradivarius wyprzedaż